Hej, tu Monia!

Marzec się kończy i czas na jego podsumowanie, bo to był miesiąc pełen wrażeń. Nie zwalniam tempa... może zacznę od początku. Trzy miesiące temu kiedy byłam w drogerii Hebe, zobaczyłam najnowszy magazyn z napisem „marzenia się spełniają”. Kiedy byłam mała marzyłam o tym, żeby wylądować na okładce, oczywiście teraz nie uważałam tego za coś realnego.








Co jakiś czas Hebe organizuje konkursy, o których wiedziałam już jakiś czas temu od mojej siostry(zachęcała mnie do wzięcia udziału). Zawsze myślałam sobie: Co? Ja? Nie, ja się nie nadaję...” i na tym się zazwyczaj wszystko kończyło. Jednak w grudniu stwierdzałam: „Co mi szkodzi, raz się żyje” i w ostatnim momencie wypełniłam formularz(nie mówiąc o tym nikomu). Nie reagowałam w pierwszy momencie, gdy dzwonił jakiś nieznany numer(bo byłam na zajęciach). Jednak kiedy dostałam informację: „Jest Pani finalistką konkursu, byłam w totalnym szoku i od razu oddzwoniłam...








Moi znajomi nie wiedzieli o całej akcji, nie chciałam mówić o tym dopóki magazyn się nie ukaże. Teraz jak jest on już prawie cały miesiąc i dostałam mnóstwo wiadomości związanych z tą akcją, to jestem w końcu gotowa, żeby o tym napisać. 
 Generalnie o samej sesji mogłabym pisać godzinami, ale jedno co mogę powiedzieć to fakt, że była to jedna ze wspanialszych przygód w moim życiu. Poznałam tyle cudownych, pozytywnych ludzi, że czułam się jakbyśmy znali się od lat. Współpraca przed obiektywem Marka Straszewskiego z Wiolą(po lewej) i Karoliną(po prawej), to była czysta przyjemność. Zaczynaliśmy o godzinie 8, a kończyliśmy około 18:30… zastanawiacie się pewnie, co można robić tyle czasu, ale wizażystka, fryzjerka oraz styliści mieli całe ręce roboty. Najlepsze było to, że mimo pracy na planie i goniącego czasu, cały czas panowała świetna atmosfera. Jeżeli ktoś lubi takie wyzwania, to zachęcam do wzięcia udziału w konkursie.



Ta historia nauczyła mnie tego, że czasami coś wydaje nam się nierealne, odległe, a jest na wyciągniecie ręki. Jeżeli chcemy czegoś spróbować, to warto podążać za tym i nie bójmy się wypowiadać swoich marzeń na głos i próbować ich realizować. Nigdy nie wiemy kto może je usłyszeć, a na pewno jest wtedy większe prawdopodobieństwo, że się one spełnią.

Cała sesja odbyła się w styczniu, a jeszcze niedawno dostałam kilka gadżetów od Hebe m.in. pendrive'a ze zdjęciami, torbę, zdjęcie w ramce, trzy pędzle, notes i oficjalne podziękowanie.




















Jak wejdziecie na stronę Hebe, to można zobaczyć magazyn online i wygląda to tak:























Z dziewczynami miałyśmy rewelacyjny kontakt, dlatego podczas sesji zrobiłyśmy również prywatne zdjęcia. 






PS Trochę mnie zmienili, trudno było mi się przyzwyczaić do grzywki(na szczęście była ona tylko doczepiona na kilka godzin), później wszystko wróciło do normy.


Poznalibyście mnie? :D 

  Wizyta Anety u mnie na „kawie”(której nie pije :D) nie mogła skończyć się inaczej. Nie ma znaczenia na ile się spotkamy, bo tego czasu jest i tak zawsze za mało. Przeważnie tak to bywa, kiedy dobiorą się dwie i do tego zabiegane gaduły. 


Tego dnia była przepiękna pogoda, oszronione drzewa, słońce i świeży śnieg pod stopami... idealna na sesję zimową, ale my wolałyśmy zostać w domu, żeby nie ryzykować kolejnym przeziębieniem. Może innym razem się poświęcimy! :D 

 No co ja mogę więcej skomentować... Skubana... bestia ma talent! 

Wstawiam kilka zdjęć jakie tego dnia udało nam się zrobić i odsyłam do jej królestwa → FB: AnetaTakesPhotos BLOG: ANVEELL







Podobają Wam się? :) 



Jak ten czas szybko mija... mam wrażenie, że z każdym miesiącem coraz szybciej, też to czujecie? Już rok upłynął od pobytu w Londynie. Mam wrażenie jakby to było tak niedawno...


Zdecydowanie zdjęcia to najlepsza pamiątka z podróży. Uwielbiam powracać do fotografii i wspominać niektóre historię. Jak je jeszcze wydrukuję, to zdecydowanie częściej po nie sięgam.

 Z pobytu w Anglii najbardziej zapamiętałam Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud w Londynie i Park rozrywki - Thorpe Park Resort. Pomijając te atrakcje, muszę przyznać, że już same spacery były również przyjemne.


Ciężko było mi się przyzwyczaić do kierownicy po prawej stronie. Uliczki są wąskie i raczej zachowane są w surowym klimacie. Mało mieszkańców przykuwa uwagę do tego, żeby jeden dom różnił się od drugiego. Nie ma udziwniania, praktycznie żadnych kwiatów, wymyślnych ogrodzeń, a o większych kombinacjach już nie wspomnę. No chyba, że mówimy o Pałacu Buckingham to już inna kwestia...                                    



Oczywiście nie mogło zabraknąć zdjęcia z budką telefoniczną...



Teraz kilka zdjęć z randek...




 
Muszę przyznać, że Mateusz pięknie się tam wpasował...

Wydało się, kim inspirowałam się dobierając garderobę. Nic się nie ukryje...

 Można też było znaleźć konkurentów...



















































A teraz już tak bez udawania...

 Ciąg dalszy spaceru...



















Zawsze korzystam z okazji, jeżeli mam możliwość odwiedzenia parku rozrywki. Nieważne w jakim kraju bym nie była...




























Na sam koniec przedstawię Wam największego pasażera...